I don’t eat… I don’t sleep… I’m just praying!

Pompejańska. Do dnia 16 lipca 2014 roku nie wyobrażalnym było dla mnie, że kiedykolwiek zacznę mówić Nowennę Pompejańską. Nazywana Nowenną nie do odparcia, określana mianem najbardziej hardkorowej nowenny, jaką można odmawiać. Też tak uważałam. Dopóki nie zaczęłam. Teraz mówię już drugą.

Nie zaczęło się od intencji. Choć ona oczywiście była motorem napędowym modlitwy. Zaczęło się od adoracji na rekolekcjach. Rekolekcje oazowe, trzeci stopień ONŻ. Adoracje ogólnie przeżywałam jakoś tak beznadziejnie, choć zwykle bardzo lubię taką formę modlitwy. Źle się czułam, siedziałam tam bez sensu, nie miałam ochoty z Bogiem rozmawiać, a On też specjalnie się do mnie nie dobijał. Jedyna ważna rzecz, która wydarzyła się na jednej z nich, to 4 prośby, które nagle zdołałam z siebie wykrztusić. Jedna z nich brzmiała: Daj mi łaskę modlitwy.

Po powrocie z rekolekcji przez pierwsze parę dni było wszystko normalnie. Aż pewnego dnia stwierdziłam, zmówię różaniec, pierwszy, drugi, to może trzeci. Wtedy doszło do mnie, że jestem w stanie mówić Nowennę Pompejańską. Postanowiłam ogarnąć dokładnie, jak wygląda ta modlitwa i zacząć od tego samego dnia. Więc odmówiłam ogólnie wtedy łącznie sześć różańców.

I tak się zaczęło. Okazało się, że się da to odmawiać. Okazało się, że jeśli się prosi Boga, to On da nam to, czego potrzebujemy, jak z resztą obiecał. Na początku było normalnie. Potem było coraz ciężej. W trudnych chwilach mówiąc różaniec, czułam, choć przyznaję, to mogła być moja wyobraźnia, ale czułam że Matka Boża trzyma mnie za rękę. I wspiera. Czułam z jednej strony ból, trud, z drugiej Jej miłość i wsparcie. Pod koniec „rzygałam” różańcem. Ogólnie lubię tę modlitwę, a miałam jej po prostu dosyć i powtarzałam sobie, że już tylko tydzień, kilka dni i nigdy więcej Pompejańskiej, a gdy skończyłam następnego dnia zaczęłam kolejną. Ta zaczęła się zupełnie inaczej, jest jakby owocem tej pierwszej. Mówienie różańca jest dla mnie błogosławieństwem. Jest piękne i cieszy moje serce. Choć wiem, że będą cięższe momenty, już są. Ale każda chwila z Maryją, jest niesamowita i piękna.

Różaniec jest ciężko odmawiać, ciężko się skupić. I ja tak naprawdę nie potrafię się dobrze modlić, wręcz klepię ten różaniec. Takie mam wrażenie i pod koniec wielu różańców przepraszam Matkę Bożą za to, że moja modlitwa jest tak niedoskonała i słaba. Wtedy słyszę w sercu Jej ciepłe zapewnienie o tym, że przyjmuje tę modlitwę i że mnie kocha.

Żeby zacząć się modlić… trzeba po prostu zacząć. I przekonać się, że to co wydaje nam się niemożliwe jest w zasięgu naszych możliwości. Obie odmawiamy Nowennę i ostatnio spotykam się z wieloma osobami, które też odmawiają. I widzę, że to wcale nie jest najbardziej hardkorowa rzecz jaka może się przydarzyć człowiekowi. Najtrudniejsze to zaufać Bogu, bo to musimy zrobić sami.

Modlitwa jest łaską. Wystarczy poprosić. Wiem z autopsji.