Zaplątani…w niewiarę?

Zainspirowana piękną bajką pt.  ‚Zaplątani’ zaczęłam się zastanawiać się nad tym naszym kochaniem.

Mam nadzieję, że czytelnik oglądał, jeśli nie, niech czytelnik jak najszybciej obejrzy! Historia jest piękna,  ja skupię się natomiast na zakończeniu. Otóż Roszpunka która ma magiczne, leczące włosy zostaje obezwładniona przez swoją macochę – czarny charakter. Zgadza się pójść z nią i służyć jej do końca życia pod warunkiem, że będzie mogła uratować ukochanego – Julka, młodego złodziejaszka który przed chwilą został przez macochę pchnięty nożem. Macocha się zgadza, w końcu jej się to opłaca, ale Julek nie jest zachwycony pomysłem, bo wie, że jeśli Roszpunka go uratuje to będzie uwięziona, więc ostatkiem sił odcina jej nożem włosy które w ten sposób tracą magiczną moc i nie mogą uleczyć jego rany.

Macocha z hukiem wypada z wieży ale to nieistotny szczegół ;p

Roszpunka płacze, i okazuję się nagle, że jej łzy leczą ranę i Julek żyje! Myślę, że zadziałała tu jakaś niesamowita siła. I to była  miłość. Właśnie taka w jaką już nie wierzymy.

I z tego powodu bardzo mi przykro. I tego bardzo nie rozumiem. Podobno nie jesteśmy w stanie myśleć o czymś czego nie ma.          Więc skoro ktoś stworzył taką historię to taka miłość gdzieś istnieje. Tylko dlaczego zawsze tak daleko od nas? Dlaczego nie jesteśmy dla siebie ludźmi którzy tak pragną szczęścia, wolności i dobra dla drugiego, że oddadzą za to swoje szczęście, wolność a nawet życie?!

Dlaczego nie potrafimy na drugą osobę patrzyć z takim zachwytem, który sprawiłby, że uwierzyłaby ona, że może wszystko zmienić?

Nie jest wcale problem to, że jest to niemożliwe.

My w to po prostu nie wierzymy. A skoro nie wierzymy, to po co próbować?

O panu motorniczym słów kilka.

Kto z nas zna przepis na to jak wieść udane życie? Kto może powiedzieć o sobie, że jest w pełni zadowolony i niczego mu nie brakuje? Kto z nas wie czego chce od życia?

Optymistycznie zakładam, że znajdzie się grupa osób która zna cel swojego istnienia. Ale nie zawsze tak jest.

Jadąc wczoraj tramwajem który targany był to w lewo, to w prawo humorem pani motorniczej usłyszałam bardzo ciekawą historię. Otóż jeden z pasażerów zaaferowany niecodzienną przejażdżką, opowiedział o swoim przyjacielu – motorniczym.

Facet podobno od dziecka chciał prowadzić tramwaj. Wiedział wszystko na temat tramwajów, znał wszystkie modele, trasy, każdy przystanek – słowem – wsio! To wydawało się wręcz chore.

W końcu udało mu się zostać motorniczym i jest mega szczęśliwy. Gdy tylko wsiada do tramwaju ma banana na twarzy i jazda!!

Okazuje się, że nie trzeba wieść niesamowicie pasjonującego życia żeby być usatysfakcjonowanym. Nie trzeba być gwiazdą pop, aktorką, prezesem najbogatszej firmy w kraju, albo sławnym sportowcem.

Można być motorniczym, sprzedawać frytki, nawet sprzątać! Po prostu miej odwagę wybrać to co naprawdę kochasz, bez względu na to co powiedzą inni! A może pomylisz się 100 razy, nieważne! Ja się pomyliłam, zmieniłam studia i teraz zajmuję się tym co rzeczywiście kocham. Słyszę nie raz, nie dwa: byłaś na przyszłościowym kierunku, po co zrezygnowałaś, po tym nie ma pracy itd. itp.

Nic nie odpowiadam, niech sobie gadają. Być może nie rozumieją co znaczy robić w życiu to co się kocha! Miejmy odwagę wybierać!

I na koniec ukochany Dostojewski:

„Bo do szczęścia stworzeni ludzie, a kto całkowicie szczęśliwy, godzien jest powiedzieć sobie: wypełniłem prawo Boże na tej ziemi”

Bracia Karamazow

NAJNOWSZE WIEŚCI: Jezus dalej czeka aż z Nim porozmawiasz!

O co tutaj chodzi? W sensie, na ziemi. Żyję sobie tak już ładne 20 lat, myślę, że to całkiem sporo, a patrząc w tył, widzę że wiele poznałam. Ale wciąż mnie to wszystko dziwi, nie dlatego, że tego wcześniej nie widziałam, dlatego, że wciąż nie rozumiem.

Jestem wierząca. Żyję w Polsce, kraju, powiedzmy katolickim. Znam bardzo, bardzo różnych ludzi. Księży, ateistów, rodzimowierców, buddystów, chrześcijan. Ludzi z Ruchu Światło – Życie, z różnych wspólnot, z pielgrzymek.

I oni wszyscy mają swoje zdanie. Swoje racje. I koniecznie chcą je przekazać światu i wygrać dyskusję na temat świata, którego są niezwykle małą cząstką.

Przez trzy dni ojciec Szustak prowadzi rekolekcje w Gdańsku. Mnóstwo ludzi go słucha. Dobrze gada. I jak tak na niego patrzę, to wydaje mi się, że wcale go te dyskusje nie interesują. To tylko moje subiektywne odczucie, ale może ma w sobie coś z prawdy.

Zastanawiam się, gdzie jestem w tym wszystkim. Też mam swoje zdanie, też je wypowiadam i chociaż wiem, że i tak mi się nie uda, często dążę do wygranej w debatach. Dzisiaj zastanawia mnie, co na to Bóg. I myślę, że może być trochę zmartwiony, tym, że zajmujemy się wszystkim, z wyjątkiem siebie. Dlaczego? Bo potrzebujemy ewidentnie pomocy, Jego pomocy, a wcale o tym nie myślimy. Dzisiaj ojciec Szustak mówił do kobiet. Wczoraj do mężczyzn. Jego kazania, czy konferencje doskonale obrazują skalę problemu, jesteśmy niespełnieni, nieszczęśliwi. Nie jesteśmy tacy, jakimi nas Bóg stworzył, psujemy to wszystko grzechem, psuje to zło. A my zamiast naprawić swoje wnętrze, a raczej pozwolić Bogu je naprawić dyskutujemy o sprawach, w których i tak nic nie zmienimy.

Jak zwykle polecam Maryję. I jej spojrzenie na świat. Ona patrzyła przez pryzmat Jezusa. Szła za Nim, ale też wypraszała u Niego, to co chciała. Spójrz, jak Ona dzisiaj na Boga. I zastanów się, czy Jego interesują Twoje dyskusje i starania, żeby naprawić świat. Czy patrzy w którykolwiek z Twoich kierunków? Nie… Patrzy na Ciebie. Tak jak chłopak patrzy na dziewczynę i czeka, aż zacznie z nim rozmawiać. O czymś bardzo trudnym, o problemach, o tym z czym trzeba zawalczyć. Ale jeśli nie porozmawiają, to nic się nie zmieni. A to ta dziewczyna musi odpowiedzieć. On cierpliwie czeka. I patrzy, oddając samego siebie.