Parapet, paranoja, paragraf, Paraklet?

Wszystko jasne, z wyjątkiem tego ostatniego. I nie dlatego, że nie wiemy, co to znaczy, bo zakładam, że większość z nas w taką wiedzę zdążyło się zaopatrzyć. Paraklet, Duch Święty, Pocieszyciel, Orędownik. Trzecia osoba boska, o której już na tym blogu było wspomniane i to kilka razy. Wczoraj, po raz kolejny świętowaliśmy Zesłanie, owego Ducha Świętego. Nie po raz kolejny – stwierdził w konferencji ksiądz, podczas sobotniego wieczornego czuwania. To jest tu i teraz, mówił dalej, teraz Bóg daje łaskę. Cykliczność, schematy, okazyjność, to wszystko nie jest kwintesencją chrześcijaństwa. A co jest? Działanie. I po to nam właśnie jest potrzebny Duch Święty. Żeby nie czekać na Ducha Świętego kolejny rok i otrzymywać go jeden dzień, bo to bzdura wielka jak ten świat. Ale prosić o Niego, dzień w dzień i w Nim zdobywać szczyty, szczyty, które wyznacza nam sam Bóg. Są wyższe niż moglibyśmy sobie wyobrazić, a to co na nich na nas czeka, to więcej niż najśmielsze marzenia. Duch Święty, polecam. Do dzieła!

A w temacie Ducha, świadectwo wspaniałej Zuzanny, na temat jej bierzmowania. To piękne, kiedy tak młodzi ludzie dostrzegają piękno w Kościele, sakramentach i innych ludziach!

„Pamiętam moje bierzmowanie. Pamiętam śpiewanie psalmu na trzy głosy. Pamiętam kazanie o tym, że my, młodzi jesteśmy podporą Kościoła i powinniśmy umiejętnie korzystać z darów, które otrzymamy. Ten stres i trzęsące się kolana. Pamiętam jak podchodząc do biskupa myślałam, że spocznę w Duchu Świętym (albo po prostu zemdleję…) i ogarnął mnie lęk, ale po chwili uświadomiłam sobie, że nie ma czego się bać i powiedziałam w myślach „Boże, rób co chcesz. Jestem gotowa na wszystko”. Najzabawniejsze jest to, że nie spoczęłam w Duchu Świętym, nie poczułam się inaczej. Nie poczułam się uświęcona i obdarowana. Najpierw byłam nawet rozczarowana, ale później zrozumiałam, że nie mogę od Szefa oczekiwać fajerwerków, bo na wszystko przyjdzie czas. Wróciłam do ławki i patrzyłam na moich kolegów pochodzących do ołtarza i modliłam się za każdego z nich. Pamiętam też, jak pod koniec, kiedy już wszyscy moi znajomi zostali wybierzmowani, środkową nawą pomalutku podążała para starszych ludzi. Kobieta szła przodem, trzymając w roztrzęsionej dłoni kartkę z imieniem przyszłej patronki, mężczyzna szedł za nią. Przed ołtarzem położył jej dłoń na ramieniu i pochylił głowę, wydawało się, że w modlitwie. Kobieta przyjęła sakrament bierzmowania, mając za świadka swojego męża. Moje serce patrząc na tę scenę wiary i miłości fikało koziołki i po prostu się wzruszyłam.
Oceniając na oko, ci ludzie mieli około 80 lat. Byli dla mnie ogromnym świadectwem, byli po prostu cudowni. Patrząc na nich zrozumiałam jak bardzo ludzie potrzebują w naszych czasach Boga. Jak uporczywie, wręcz desperacko szukają szczęścia. Zadaję sobie pytanie, czy szukamy szczęścia tam gdzie trzeba? Czy nie próbujemy go przypadkiem wcisnąć w przyziemną sferę doczesnych przyjemności? Jedynym i prawdziwym szczęściem jest Bóg. Wiara i nadzieja w życie wieczne, które nadają naszemu życiu sens, pokazują drogę. Myśląc „szczęście”, myślę sobie, że jest osoba, którą mega podziwiam, święta Józefa, która stawiała znak równości między swoją ludzką wolą, a wolą Boga Ojca. Oto recepta na szczęście i świętość. Pewnie niektórzy z Was myślą teraz, że nie da się postawić Boga ponad wszystko i że gadam jak potłuczona. Ale uwierzcie mi, też myślałam, że się nie da, a teraz piszę to świadectwo w środku nocy z uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Da się, moi drodzy.
To Bóg jest miłością! Jeśli jesteśmy w związku i w tym związku brakuje Boga, jesteśmy skazani na porażkę, bo jedynie poprzez Boga doświadczymy miłości i tylko budując na Nim związek możemy być pewni, że przetrwa. Czym jest jednak miłość? Czy to pożądanie i cielesna bliskość? Oczywiście, że nie. Miłość, jak to kiedyś powiedziała mi przyjaciółka, to chęć doprowadzenia drugiej osoby do świętości. To czysta i przepiękna definicja. Miłość równa się Bóg. Bóg równa się szczęście. Jesteśmy w stanie sięgnąć po szczęście? Jest blisko, nie lękajmy się. Bo Pan jest z nami i jest światłem w naszej ciemności.”

Gdzie ci mężczyźni…

Na na na na na…

Właśnie przed chwilą obejrzałam całkiem przyjemny film, zatytułowany „Love, Rosie”. Niestety wnioski z niego nie są takie przyjemne.

Po pierwsze, przepraszamy za tak długą ciszę, zapomniałyśmy, że mamy bloga.

Po drugie, meritum. Zachęcam do obejrzenia tego filmu, bo mimo że jego treść nieco mija się z wartościami i rzeczywistością chrześcijan, pokazuje ważną prawdę. Prawdę dla kobiet i mężczyzn.

Nie ma nic gorszego w Twoim życiu niż rezygnacja z marzeń, niż godzenie się na bylejakość. Nie ma nic gorszego niż związek, który ma zdławić myślenie o ukochanej osobie, nic gorszego niż robienie czegoś, czego się nie chce, bo inni nam każą. To co piszę jest cholernie idealistyczne, mam tego świadomość. Ale znam ludzi, którzy są naprawdę szczęśliwi, bo walczyli o swoje. I wiem, że każdy z nas może.

Najpierw do mężczyzn. Obudźcie się! Każdy liść na wietrze, każda strona książki, każda cząstka kobiecego serca mówi Wam, możecie wszystko. Zacznijcie słuchać głosu świata, który jest dziełem Boga, On chce napełnić Wasze dusze nadzieją, że kobieta Waszego życia, nawet jeśli nie jest na wyciągnięcie ręki, jest dla Was przeznaczona! Przestań się bać, że Cię odrzuci, raz, drugi, piąty, że ją zranisz (toć każdy z nas popełnia błędy, po to się jest z kimś, żeby się uczyć przebaczać!), że nie będziesz idealny, a ona Ci się wydaje być. Nikt nie jest, a trzeba pracować nad sobą! Nie chcę teraz truć, chcę tylko by chociaż jeden facet z tych wszystkich co to przeczytają, uwierzył w siebie i dał szczęście kobiecie, której tylko on może je dać. Jak Alex dał w końcu Rosie. Tylko że najpierw musieli się oboje trochę przemęczyć w nieszczęśliwych związkach, bo… No właśnie i tutaj każda zdrowo myśląca kobieta ma ochotę zarąbać Alexa, bo zamiast się postarać o Rosie, wolał zastąpić ją sobie jakąś tępą dzidą. I udawać, że jest szczęśliwy. A ona zaczęła robić to samo. Chodzi o to, kochani mężczyźni, że to WY jesteście odpowiedzialni! Wiem, że lipa, ale my rodzimy dzieci i to też nie jest super. Więc zacznijcie walczyć, nie tylko o nas, ale też o siebie.

A teraz do kobiet. Nie masz faceta? Albo Twój chłop się nie stara i nie jesteś z nim szczęśliwa? A ile się modlisz za swojego faceta, czy to przyszłego, czy obecnego? Skąd on ma mieć siłę, skąd motywację do zmian, kiedy nie ma skąd czerpać? Ty jesteś ezer kenegdo, (google Ci wytłumaczą jak nie ogarniasz), Ty masz być jego podporą! I przede wszystkim, oprócz wspierania musisz wymagać, aby on wiedział, że potrzebujesz więcej. Nie paplać nad uchem jak żona po 30 latach małżeństwa, nie obrażać się co 5 sekund, tylko stawiać konkretne zadania i oczekiwać ich spełnienia, oplatając to ciągle nieustanną modlitwą, a także wiarą w jego możliwości.

Chyba się trochę rozpisałam, tym bardziej mam wielką nadzieję, że komukolwiek coś to da.

Generalnie kocham ludzi, i każde słowo, które piszę, po pierwsze piszę dla Boga, po drugie, żebyście może w końcu zauważyli, że chyba fajnie być spełnionym, szczęśliwym człowiekiem. Bo jest fajnie. I bo możesz. Bo: „Wszystko mogę  w tym, który mnie umacnia”!

Amen.