Kocham Jezusa.

Zakochałam się w Nim jakoś 4 lata temu. Pojechałam na pierwsze rekolekcje. Dotknął mnie swoją Miłością i zaczął zmieniać wszystko. Pokazał, że jestem piękna, wartościowa, dał przyjaciół, dał wszystko, czego potrzebowałam. Dał mi poczucie swojej obecności. Wracając codziennie do domu z Mszy świętej, patrzyłam na zachód słońca, na świat wokół mnie i tkwiłam w przekonaniu, że to od Niego, dla mnie. Specjalnie dla mnie. Wciąż się uśmiechałam, a każdy wyjazd na rekolekcje, chociażby te weekendowe, był najpiękniejszy na świecie. Doprowadzał mnie do szaleństwa, byłam gotowa dla Niego poświęcić wszystko, w zasadzie, tak myślałam. Bóg doświadczył mnie niezwykle mocno. Dał mi tak wiele, że to aż niewyobrażalne. To wciąż we mnie tkwi.

Potem zaczęły się schody. Było coraz ciężej, choć wciąż wiedziałam że jest ze mną, nie czułam już tej radości, nie czułam Go obok siebie. To wciąż narastało. Dwa lata temu zaczął się najcięższy czas naszej relacji. Zaczął się robić bałagan. Z jednej strony problemy ze zdrowiem, z drugiej nie radziłam sobie ze sobą, z trzeciej, relacje z ludźmi zaczęły przybierać jakieś toksyczne formy i zamiast budować, wykańczały tylko coraz mocniej. Po roku leżałam na podłodze płacząc i błagając, żeby zabrał mi życie.

To nie było najgorsze. Minęły kolejne wakacje, ze zdrowiem było jeszcze gorzej, stwierdzono u mnie nawet depresje. Leczyli mnie psychotropami, było tylko jeszcze gorzej. A Bóg? W pewnym momencie było dla mnie oczywiste – nie ma Go.

Ale On się nie poddawał. Kiedy leżałam sobie w moim dołku, przychodził w drugim człowieku, wyciągał rękę i podawał mi ją. Podnosił z upadku i dawał siłę, by iść dalej. Po chwili znów upadałam, tak wciąż i wciąż. A On ciągle walczył.

Wiedziałam też, że Maryja wciąż o mnie walczy. Wielokrotnie doświadczałam jakiejś łaski właśnie w dniach jej święta. Jak prawdziwa matka, wspiera mnie, nawet gdy błądzę.

Ten rok przynosi wciąż nadzieję na zmianę. Z wielu problemów już wyszłam, niektóre jednak wciąż mnie przytłaczają.

Zrozumiałam jedno. Moc w słabości się doskonali. Próba nie jest po to, żeby się przekonać,  że dasz radę. Ale żeby zobaczyć, że Bóg jest silniejszy od naszej słabości. Że Jego Miłość jest tak wielka, że uratuje nas w każdej sytuacji. Żeby nam pokazać, jak bardzo Mu na nas zależy.

Mimo iż jest mi ciężko, wciąż kocham Jezusa. Dlatego, tylko i wyłącznie dlatego, że On pierwszy mnie umiłował.

Amen.