„W próżni nie ma życia”

Nie wiem jak Wy, ale ja właśnie sobie oglądam mój ukochany film, „Władca Pierścieni”, kontretnie „Drużyna Pierścienia”. Abstrachując od tego że jedni wolą film a inni książki i pewnie połowa z Was głowi się teraz jak mogę kochać film (książek nie czytałam i na razie nie zamierzam), ewidentnie poruszyła i przede wszystkim zainspirowała mnie jedna ze scen. Scena, w której Arwena, próbując ratować życie Froda ucieka przed kilkoma Czarnymi Jeźdźcami. Scena jest piękna, trzyma w napięciu, ukazując odwagę i siłę bohaterki, ale odkryłam w niej drugie dno.

Arwena jest kobietą, co prawda nie taką zwyczajną, bo jest elfem, ale w dalszym ciągu to kobieta. Wyrusza w drogę, drogę która ma konkretny cel. Tak jak nasze życie. Chce uratować tych których kocha, chce zniszczyć zło, aby dobro mogło zwyciężyć. Szybko podejmuje działanie. Jest zdecydowana. Wydaje się, że nic jej nie zatrzyma, a jednak. Zjawiają się oni, upiory pierścienia. W naszym życiu, w życiu każdej kobiety i każdego mężczyzny oznaczają grzech. Grzech jest silny, goni nas, próbuje dopaść, pokonać, zniszczyć. Jest wciąż za nami, krok za krokiem. Arwena dalej walczy, dalej ucieka. Nie poddaje się. W końcu dochodzi do ostatecznego starcia. Na rzece Jeźdźcy żądają Froda, Arwena bez strachu rzuca „Jeśli go chcecie, przyjdźcie i weźcie go sobie”. A wtedy zaatakowana wyciąga swoją najcenniejszą broń. Szepce po elficku, brzmi to dla mnie jak modlitwa. I właśnie to daje jej prawdziwą moc, jeźdźcy zatopnieni zostają w rzece niczym Faraon w Morzu Czerwonym. Oczywiście to nie koniec walki, zło wciąż rośnie w siłę i jeszcze wiele wyzwań przed każdym, kto stoi po stronie światłości.

Czy znam takie kobiety? Bardzo niewiele. Za to mnóstwo z tych które znam to kobiety, które są słabe, godzą się na ustępstwa, nie realizują swoich marzeń, nie walczą o swoje, nie wierzą w siebie. Rzadko która zdobywa się na walkę ze swoimi słabościami, ratuje innych ludzi, jest podporą dla tych, których kocha.

Atrybutem kobiety jest piękno, ale w tym pięknie ukryta jest wielka siła, która sprawia że jest niepokonana. Kobieta zanurzona w Bogu jest górą nie do zdobycia.

Taka właśnie jest Arwena. I nie ma się co dziwić, że właśnie w niej tak zabójczo zakochany jest Aragorn, o którym zapewne każda dziewczyna marzy. Można założyć, że to tylko film, nie rzeczywistość, że to nie jest możliwe w realnym życiu. Albo można właśnie tak żyć. I tego Wam wszystkim życzę, tym bardziej że zbliża się kolejny rok, kolejna okazja, żeby zacząć jeszcze raz, na nowo, lepiej, bardziej i mocniej.

Z Bogiem!

Ateista – na celowniku

Chyba każdy chrześcijanin spotkał się kiedyś z kimś, kto nie wierzy w Boga. Ale to jeszcze nic, większość z nas spotkała ludzi, którzy kochają dyskutować na temat Jego istnienia.

Zalewają pytaniami, rzucają argumenty, czasami, (choć nie zawsze, nie ma co szufladkować) wyśmiewają wiarę. Spotkałam w swoim życiu dość sporo takich osób, a że jestem wygadana i lubię stawiać na swoim to chętnie w takie debaty się mieszałam. Często były to rozmowy bezskuteczne, ale zwykle kulturalne. Ateiści są różni, jedni nienawidzą Boga, uważają istnienie Kościoła za największą katastrofę ludzkości, inni akceptują, wątpią, szukają.

Swoją drogą, a propos tych walczących z Bogiem, zawsze mnie zastanawiało, po co obrażać kogoś, kto nie istnieje…

Ale do rzeczy. Pewnie każdy z nas próbował kiedyś w takiej dyskusji UDOWODNIĆ istnienie Boga. Wiadomo, że katolicy znają multum argumentów i niektórzy bardzo celnie ich używają. Wydaje się, że jest to bez sensu, dlatego że przecież wiara nie opiera się na wiedzy i dowodach, bo gdyby tak było, to nie moglibyśmy tego nazwać wiarą. Ale nie do końca. Bo choć jest to prawdą, że wiara właśnie na tym polega, że uważamy, że Bóg istnieje, chociaż go osobiście (chyba że ktoś miał objawienie), nie spotkaliśmy, to dowodów na istnienie Boga trochę jest. Jeśli zliczyć wszystkie uzdrowienia, świadectwa, cuda eucharystyczne, zwrócić uwagę na świat i to że wielu naukowców twierdzi że nie mógł się stworzyć sam, w wyniku przypadku, tylko że ma swojego Autora, to zauważyć można, że wiara w Boga jest nawet racjonalna.

A jednak. Nie wierzą.

I właśnie o tym dzisiaj myślałam. Że tak bardzo, strasznie, okropnie mocno boli mnie to, kiedy ktoś ma gdzieś Boga i nie chce Go w swoim życiu, bądź też po prostu uważa, że Go nie ma. I myślałam: „Boże, tyle mówię o Tobie, takich życiowych przykładów, świadczę też czynem o tym co mówię, nikogo nie zmuszam, opowiadam, słuchają, ale nic to nie zmienia, to co ja mam zrobić?!” A Bóg na to, że przecież On sam pokazuje ludziom że istnieje. Że udowadnia to, chociażby przez mnożące się cuda eucharystyczne, przez całe stworzenie, przez to że wypełnia się Pismo. On sam próbuje przekonać ludzi, że istnieje. Skoro więc On nie jest w stanie, to co ja mogę zrobić. Odpowiedź jest prosta. Nic.

Nic, z wyjątkiem modlitwy. Oczywiście, Bóg może wszystko. Ale nie może wpłynąć na wolną wolę człowieka i jeśli ktoś nie chce w Niego uwierzyć, to nie uwierzy. I jeśli wszechmocny Bóg go nie przekona, to nie łudź się, że Ty to zrobisz. Nie dlatego, że nie warto kogoś przekonać, bo warto; nie dlatego że jesteś głupi i nie umiesz, bo umiesz; ale dlatego, że każdy ma wybór. Zawsze warto rozmawiać. O Bogu, o życiu. Ale nie warto zadręczać się misją nawracania wszystkich wokół. Bo nie da się pokazać ludziom prawdy, kiedy mają zamknięte oczy.

Dobrej nocy! Z Bogiem!