Ateista – na celowniku

Chyba każdy chrześcijanin spotkał się kiedyś z kimś, kto nie wierzy w Boga. Ale to jeszcze nic, większość z nas spotkała ludzi, którzy kochają dyskutować na temat Jego istnienia.

Zalewają pytaniami, rzucają argumenty, czasami, (choć nie zawsze, nie ma co szufladkować) wyśmiewają wiarę. Spotkałam w swoim życiu dość sporo takich osób, a że jestem wygadana i lubię stawiać na swoim to chętnie w takie debaty się mieszałam. Często były to rozmowy bezskuteczne, ale zwykle kulturalne. Ateiści są różni, jedni nienawidzą Boga, uważają istnienie Kościoła za największą katastrofę ludzkości, inni akceptują, wątpią, szukają.

Swoją drogą, a propos tych walczących z Bogiem, zawsze mnie zastanawiało, po co obrażać kogoś, kto nie istnieje…

Ale do rzeczy. Pewnie każdy z nas próbował kiedyś w takiej dyskusji UDOWODNIĆ istnienie Boga. Wiadomo, że katolicy znają multum argumentów i niektórzy bardzo celnie ich używają. Wydaje się, że jest to bez sensu, dlatego że przecież wiara nie opiera się na wiedzy i dowodach, bo gdyby tak było, to nie moglibyśmy tego nazwać wiarą. Ale nie do końca. Bo choć jest to prawdą, że wiara właśnie na tym polega, że uważamy, że Bóg istnieje, chociaż go osobiście (chyba że ktoś miał objawienie), nie spotkaliśmy, to dowodów na istnienie Boga trochę jest. Jeśli zliczyć wszystkie uzdrowienia, świadectwa, cuda eucharystyczne, zwrócić uwagę na świat i to że wielu naukowców twierdzi że nie mógł się stworzyć sam, w wyniku przypadku, tylko że ma swojego Autora, to zauważyć można, że wiara w Boga jest nawet racjonalna.

A jednak. Nie wierzą.

I właśnie o tym dzisiaj myślałam. Że tak bardzo, strasznie, okropnie mocno boli mnie to, kiedy ktoś ma gdzieś Boga i nie chce Go w swoim życiu, bądź też po prostu uważa, że Go nie ma. I myślałam: „Boże, tyle mówię o Tobie, takich życiowych przykładów, świadczę też czynem o tym co mówię, nikogo nie zmuszam, opowiadam, słuchają, ale nic to nie zmienia, to co ja mam zrobić?!” A Bóg na to, że przecież On sam pokazuje ludziom że istnieje. Że udowadnia to, chociażby przez mnożące się cuda eucharystyczne, przez całe stworzenie, przez to że wypełnia się Pismo. On sam próbuje przekonać ludzi, że istnieje. Skoro więc On nie jest w stanie, to co ja mogę zrobić. Odpowiedź jest prosta. Nic.

Nic, z wyjątkiem modlitwy. Oczywiście, Bóg może wszystko. Ale nie może wpłynąć na wolną wolę człowieka i jeśli ktoś nie chce w Niego uwierzyć, to nie uwierzy. I jeśli wszechmocny Bóg go nie przekona, to nie łudź się, że Ty to zrobisz. Nie dlatego, że nie warto kogoś przekonać, bo warto; nie dlatego że jesteś głupi i nie umiesz, bo umiesz; ale dlatego, że każdy ma wybór. Zawsze warto rozmawiać. O Bogu, o życiu. Ale nie warto zadręczać się misją nawracania wszystkich wokół. Bo nie da się pokazać ludziom prawdy, kiedy mają zamknięte oczy.

Dobrej nocy! Z Bogiem!

#musicrules

Śpieszyłam się na autobus, nagle coś mnie zatrzymało. Zatrzymał mnie dźwięk muzyki. W gdańskim tunelu często można usłyszeć dobrych, początkujących muzyków, ale dzisiejszy „zespół” zdecydowanie mnie zachwycił. Dobrze znane dźwięki piosenki „Killing me softly with his song” wydobywały się z dwóch gitar i skrzypiec. Musiałam ich znaleźć, więc poszłam za głosem muzyki. Dwóch chłopców operowało gitarami siedząc pewnie na kocykach po turecku, a dziewczyna, wirtuozka skrzypiec, stała. Wyglądali zupełnie zwyczajnie, ale grali tak dobrze, że przez chwilę stałam w zdumieniu. Po chwili, zdaje się, że zauważywszy widza w mojej osobie zmienili repertuar. Adelle – Rolling in the deep, którą uwielbiam. Gitary weszły ostro i rytmicznie, potem dołączyły skrzypce. Mistrzostwo świata, niestety musiałam pójść na autobus, ale trwałam w zachwycie.

Muzykę, tak jak Boga ewidentnie definiuje piękno.

Ma na nas ogromny wpływ, potrafi zmienić nasz nastrój, kształtuje charakter, upodobania, często łączy lub dzieli ludzi. Jest dobra muzyka i jest ścierwo, to jednak jak ją kategoryzujemy zależy tylko i wyłącznie od odbiorcy. Być może istnieje obiektywnie dobra, prawdziwa muzyka, jednak jak to jest zwykle z prawdą obiektywną, zna ją tylko Bóg.

Jeśli jednak ma się pewne wyczucie, łatwo się zorientować, kiedy muzyka jest „śpiewana dla pieniędzy”, a kiedy jest częścią artysty, kawałkiem jego duszy. Czasami słuchając czyjejś piosenki ma się wrażenie, że rozmawia się z kimś. Albo jest to pocieszenie, albo zrozumienie w smutku. Albo po prostu odwrócenie uwagi od przytłaczających problemów.

Jeśli odwrócimy perspektywę, stawiając się na miejscu śpiewających, na Mszy, czy adoracji, musimy pamiętać o tym jak ważne jest to, aby uczestniczyć w śpiewie na chwałę Pana. Ale zawsze na Jego, nie naszą. Staje się to niezwykle trudne, gdy mamy wielki talent i pragniemy zachwycić nim innych. Każdy ma jakieś braki w poczuciu własnej wartości, a kto nie chce usłyszeć, że pięknie śpiewa? Dobrym porównaniem może być zestawienie małego, fałszującego dziecka i śpiewaczki operowej. Nawet jeśli dziecko nie potrafi dobrze śpiewać, każdy się nim zachwyci, jest urocze i słodkie, a przede wszystkim prawdziwe w tym co robi. Śpiewaczka jest doskonała, wzbudzi nasz podziw, ale nie ciepło i radość. Bóg także woli takie fałszujące dziecko. Bo jest Mu bliskie i daje to, co ma, starając się najbardziej jak może. „Nie tak bowiem człowiek widzi, jak widzi Bóg, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce” (1Sm)

Po pierwsze, szanuj muzykę. Pamiętaj o tym, że jest to część drugiego człowieka. Doceniaj jej obecność, to, że masz słuch, że możesz słyszeć niesamowite dzwięki całego świata. Po drugie, uwielbiaj Boga muzyką. Nie jesteśmy w stanie śpiewać tak pięknie jak aniołowie, ale Bóg chce nas słuchać. Bo w ten sposób, jeśli z serca, uwielbiamy go w naprawdę wyjątkowy sposób.

Chwała Panu za muzykę!

 

Helołin – jak się przed tym bronić?!

Ciekawa sprawa, co przed momentem przyszło mi do głowy, że akurat ostatni dzień października został wybrany na święto Halloween. Największe święto lucyferystyczne, jak mówią sami sataniści, ma miejsce ostatniego dnia miesiąca, który w naszej religii poświęcony jest Maryi. Miesiąca, poświęconego modlitwie różańcowej. Przypadek? Możliwe, bo żaden fragment KKK nie potwierdzi tej teorii, jednak związek między jednym a drugim jest już dość oczywisty. Im mniej modlitwy, im mniej różańca, im mniej czynienia dobra, tym więcej zła.

Chyba każdy zdrowo myślący katolik jest przerażony, tym co słyszy się o Halloween, papież Franciszek stwierdził ostatnio, że tego święta należy zakazać. Niektórzy już się martwią, jak wyjść tego wieczora na ulicę. Zaczynamy mieć wizję, wizję świata owładniętego tej nocy szatańską mocą. Powinno się zaknleblować drzwi i pod żadnym pozorem nie wychodzić z domów! Bo przecież zło unosi się w powietrzu.

Oczywiście, niezwykle ważne jest przestrzeganie przed uczestnictwem w tych „zabawach”, promowanie kultury śmierci i pogańskich zwyczajów nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. Ale nie wpadajmy z deszczu pod rynnę. Po pierwsze, jeśli tłumaczymy komuś dlaczego nie powinien bawić się w Halloween, to bądźmy do tego przygotowani. Nie opierajmy się na argumencie „Halloween jest złe i tyle, bo tak ksiądz powiedział”, bo on do nikogo nie trafi.  Po drugie, przestrzegajmy, nie zabraniajmy. W młodych ludziach drzemie wciąż nonkonformizm, który wiąże się z buntem wobec wszystkiego co nam się narzuca. Dając wybór w wolności mamy o wiele większe szanse na uchronienie kogoś.

A najważniejsze, nie bójmy się Halloween.  Chociaż jest złe i przerażające, zwłaszcza kiedy się słyszy o dzieciach, które zostają opętane po takich zabawach i innych dramatycznych sytuacjach. To o czym przede wszystkim należy pamiętać, to fakt, że BÓG JEST SILNIEJSZY I WIĘKSZY OD CAŁEGO ZŁA TEGO ŚWIATA! Piszę to drukowanymi, żeby lepiej dotarło. A Ty jesteś Jego dzieckiem, należysz do niego i On nie pozwoli na to, by stała Ci się jakakolwiek krzywda.

I najważniejsze. Bez zbędnych tłumaczeń, bo są niepotrzebne. Po prostu odmawiaj RÓŻANIEC. Tym bardziej, że październik się kończy.

Afera księdza geja…

Przedwczoraj rano usłyszałam i zobaczyłam księdza Krzysztofa Charamsę w brawurowym występie dotyczącym jego orienacji seksualnej. Jak pewnie większość z Was.

Kościół podjął odpowiednie działania wobec księdza Charamsy, natomiast laickie media podjęły działania (wątpliwie odpowiednie) wobec Kościoła, obrzucając go błotem hipokryzji i przyrównując do mafii. Oczywiście nie dziwi to w najmniejszym nawet stopniu.

Wszystko co się dzieje wokół przypominać zaczyna jakiś dziwny film, w którym następuje apokalipsa. Możliwe, że się zbliża. Ale nie to chciałam w tym wpisie zaznaczyć.

Patronką dnia dzisiejszego jest święta siostra Faustyna. Jak dobrze wiemy niezwykła święta związana z Bożym Miłosierdziem. I jedyne, co należy dzisiaj przemyśleć i zrozumieć, to wielkość i niesamowitość Jego miłosierdzia. Bo trzeba wybaczyć księdzu Charamsie. To że jest gejem, bądź to że kłamie. To że zdradza Kościół i zdradza Chrystusa. Trzeba przebaczyć tym wszystkim ludziom, którzy teraz w swojej zatwardziałości się cieszą, mówią sobie „W końcu się wydało, co się dzieje w tym Kościele”, którzy złorzeczą Oblubienicy Chrystusa. Trzeba wybaczyć tym wszystkim księżom, którzy naprawdę upadają i stają się zgorszeniem dla wiernych, powodując taki właśnie obraz Kościoła.

Trzeba dzisiaj odetchnąć i pomyśleć „bywa”. Przekrzykując się we wzajemnych oskarżeniach, szukając „prawdy”, szukając winnych, można się tylko totalnie zgubić. I przede wszystkim można się zdołować. Bo wesoło nie jest, nie oszukujmy się.

Jedyne co nas dzisiaj uratuje to „Bądź wola Twoja”. Jezus wie co zrobić. My nic nie wymyślimy. Możemy Mu tylko zaufać. Albo raczej aż. Bo jak widać, niektórym wciąż łatwiej przychodzi walczyć z całym światem niż z własnym wnętrzem.

Miłość to nie…

Miłość to nie uczucie. Słyszę to co chwila. I generalnie szlag mnie trafia. Nie dlatego, absolutnie, że się z tym nie zgadzam.

Problem w tym, że niewiele osób zauważa, że nie jest to jedyny problem. O czym zamierzam napisać poniżej.

Miłość to nie jest też przywiązanie. Wiele osób będąc długo w związku nie wyobraża sobie być z kimś innym i wydaje im się, że skoro tak jest to musi być to miłość. Warto się zastanowić, czy w Twoim związku, łączy Was coś jeszcze, z wyjątkiem związku.

Miłość to nie są wspólne zainteresowania. Czasem na fali zachwytu, że ktoś słucha takiej samej muzyki, uprawia ten sam sport, kocha te same książki co Ty, stwierdzasz to ta/ten jedyny i jesteście ze sobą aż po grób, mimo iż po jakimś czasie to wszystko Wam się znudziło. Nie jest to droga do szczęścia, tego absolutnie nie bierze się pod uwagę, w wyborze partnera. To wszystko zmienia się, a miłość jest czymś stałym.

Miłość to nie ostateczność, ekonomia. „Hajtnę się z nim, bo nikt lepszy już mi się nie trafi”.”To dobry człowiek, więc się z nim zwiążę.” To głównie domena kobiet, decydowanie się na związek ze strachu przed samotnością, z ostateczności. Takich mi nie żal, bo same są sobie winne, jak potem nie są szczęśliwe. Dlaczego? Bo to okropna perfidia, być z kimś, bo mi się to opłaca, bo koleżanki pogratulują zaręczyn, bo nie chcę być sama. Okropny egoizm.

Miłość to nie… To nie wiele innych rzeczy. Można by wyliczać do końca życia. Miłość to nie uczucia – święta prawda. Po pierwsze uczucia są niestałe, ulotne, a „Miłość nigdy nie ustaje” (1Kor 13, 8). Po drugie, uczucia powstają w nas wtedy, gdy ktoś je wzbudza, czułym słowem, przytuleniem, pocałunkiem. Miłość, to że kogoś kocham, wypływa z nas.

Warto jednak skupić się na tym, czym miłość jest. Wg św Tomasza z Akwinu – wybór oparty na dwóch pragnieniach. Pierwsze – chcę tę osobę widzieć w niebie, drugie – ja ją chcę doprowadzić do świętości. Chcę, nie zawsze oznacza potrafię. Zanim się z kimś zwiążesz, ożenisz, zastanów się, czy właśnie przy tym człowieku staniesz się świętym człowiekiem.

A co do całej reszty, uczuć, pożądania i tak dalej, to wszystko też jest ważne. I absolutnie nie powinno tego zabraknąć. Żeby osiągnąć taką pełnię jest tylko jeden sposób – zaufać Bogu i pozwolić Mu się poprowadzić. Wybrać tę osobę, którą ON mi wskaże, nie tę, która się napatoczy.

Miłości życzę, Kocham Was. Amen.

Kocham Jezusa.

Zakochałam się w Nim jakoś 4 lata temu. Pojechałam na pierwsze rekolekcje. Dotknął mnie swoją Miłością i zaczął zmieniać wszystko. Pokazał, że jestem piękna, wartościowa, dał przyjaciół, dał wszystko, czego potrzebowałam. Dał mi poczucie swojej obecności. Wracając codziennie do domu z Mszy świętej, patrzyłam na zachód słońca, na świat wokół mnie i tkwiłam w przekonaniu, że to od Niego, dla mnie. Specjalnie dla mnie. Wciąż się uśmiechałam, a każdy wyjazd na rekolekcje, chociażby te weekendowe, był najpiękniejszy na świecie. Doprowadzał mnie do szaleństwa, byłam gotowa dla Niego poświęcić wszystko, w zasadzie, tak myślałam. Bóg doświadczył mnie niezwykle mocno. Dał mi tak wiele, że to aż niewyobrażalne. To wciąż we mnie tkwi.

Potem zaczęły się schody. Było coraz ciężej, choć wciąż wiedziałam że jest ze mną, nie czułam już tej radości, nie czułam Go obok siebie. To wciąż narastało. Dwa lata temu zaczął się najcięższy czas naszej relacji. Zaczął się robić bałagan. Z jednej strony problemy ze zdrowiem, z drugiej nie radziłam sobie ze sobą, z trzeciej, relacje z ludźmi zaczęły przybierać jakieś toksyczne formy i zamiast budować, wykańczały tylko coraz mocniej. Po roku leżałam na podłodze płacząc i błagając, żeby zabrał mi życie.

To nie było najgorsze. Minęły kolejne wakacje, ze zdrowiem było jeszcze gorzej, stwierdzono u mnie nawet depresje. Leczyli mnie psychotropami, było tylko jeszcze gorzej. A Bóg? W pewnym momencie było dla mnie oczywiste – nie ma Go.

Ale On się nie poddawał. Kiedy leżałam sobie w moim dołku, przychodził w drugim człowieku, wyciągał rękę i podawał mi ją. Podnosił z upadku i dawał siłę, by iść dalej. Po chwili znów upadałam, tak wciąż i wciąż. A On ciągle walczył.

Wiedziałam też, że Maryja wciąż o mnie walczy. Wielokrotnie doświadczałam jakiejś łaski właśnie w dniach jej święta. Jak prawdziwa matka, wspiera mnie, nawet gdy błądzę.

Ten rok przynosi wciąż nadzieję na zmianę. Z wielu problemów już wyszłam, niektóre jednak wciąż mnie przytłaczają.

Zrozumiałam jedno. Moc w słabości się doskonali. Próba nie jest po to, żeby się przekonać,  że dasz radę. Ale żeby zobaczyć, że Bóg jest silniejszy od naszej słabości. Że Jego Miłość jest tak wielka, że uratuje nas w każdej sytuacji. Żeby nam pokazać, jak bardzo Mu na nas zależy.

Mimo iż jest mi ciężko, wciąż kocham Jezusa. Dlatego, tylko i wyłącznie dlatego, że On pierwszy mnie umiłował.

Amen.

Kolejny raz to samo…

Zwątpienie. Ile już razy dopadło każdego z nas. Kiedyś moja wiara była silna i trwała, a właściwie to tak mi się wydawało. O próbie, upadku i powstawaniu, piszę poniżej.

Po pierwsze, najlepszym co nam się w życiu przytrafiło, co Bóg nam dał jest PRÓBA. Każda, absolutnie. Próba śpiewu, próba związku, próba wiary. Według słownika języka polskiego wyróżniamy kilka definicji :

PRÓBA – 1. starania podjęte w celu dokonania czegoś, 2. badanie jakości, 3. zdarzenie będące sprawdzianem czegoś, 4. wynik doświadczeń, 5. zawartość kruszcu w monetach; aloi, 6. przygotowania do czegoś, np. występu, 7. ilość pobranej substancji; próbka.

Wszystkie mają znaczenie. Przede wszystkim próba jest tym, co pokazuje nam PRAWDĘ, na temat tego co próbujemy. A prawda jak wiadomo – nas wyzwoli. To właśnie od próby zaczyna się prawdziwe chrześcijaństwo, prawdziwa miłość.

Czy wyobrażacie sobie związek, małżeństwo, w którym nie było żadnej próby? W którym WSZYSTKO i ZAWSZE się układało? Czy uważacie, że taka relacja jest silna i dobra? Że tacy ludzie są przygotowani na życie wieczne z Bogiem? Oczywiście, że nie. Pewnie masz już dość kłopotów w swoim związku, patrzysz na innych i wydaje Ci się, że im się wszystko układa, a Wam tylko kłody pod nogi z nieba spadają. Możliwe też, że czasami przesadzamy, ale jeśli tak jest, to tylko się cieszyć! Raduj się każdym ciężkim doświadczeniem w swoim związku. Jeśli to przetrwacie, to znaczy że faktycznie jest między Wami miłość i że tą relacją kieruje Bóg. Bo bez Niego wszystko upada. Wszystko.

Jeśli natomiast chodzi o kryzysy w wierze… Po pierwsze należy zaznaczyć, że takie próby mają jeden, bardzo ważny cel. Przede wszystkim są po to, żeby pokazać, że WIARA JEST ŁASKĄ. Że otrzymujemy ją od Boga. I powinniśmy się o nią modlić, a gdy mamy, każdego dnia za nią dziękować. Bo to najcenniejsze co możemy dostać. Jest też szereg innych zalet, umocnienie, stanięcie w prawdzie o własnej słabości, zdobycie doświadczenia, którym możemy się potem dzielić i dawać świadectwo, tak naprawdę dzięki kryzysowi możemy się w końcu nawrócić.

Jest jedna sprawa o której należy codziennie, a przy każdej próbie bezwzględnie pamiętać. BÓG CIĘ KOCHA! I wszystko robi z miłości i nie chce Cię w żaden sposób skrzywdzić. Nie pozwól Złemu wmówić sobie takiego myślenia. Bóg jest dobry.

Moja próba trwa już dwa lata. Już, a raczej dopiero, patrząc na przykład na ponad stuletnią próbę Abrahama (zawsze staram się do lepszych porównywać). O tym jak ją przechodzę i czego się uczę, będę pisać w kolejnych wpisach.

A tymczasem… NIE PODDAWAJ SIĘ!

Parapet, paranoja, paragraf, Paraklet?

Wszystko jasne, z wyjątkiem tego ostatniego. I nie dlatego, że nie wiemy, co to znaczy, bo zakładam, że większość z nas w taką wiedzę zdążyło się zaopatrzyć. Paraklet, Duch Święty, Pocieszyciel, Orędownik. Trzecia osoba boska, o której już na tym blogu było wspomniane i to kilka razy. Wczoraj, po raz kolejny świętowaliśmy Zesłanie, owego Ducha Świętego. Nie po raz kolejny – stwierdził w konferencji ksiądz, podczas sobotniego wieczornego czuwania. To jest tu i teraz, mówił dalej, teraz Bóg daje łaskę. Cykliczność, schematy, okazyjność, to wszystko nie jest kwintesencją chrześcijaństwa. A co jest? Działanie. I po to nam właśnie jest potrzebny Duch Święty. Żeby nie czekać na Ducha Świętego kolejny rok i otrzymywać go jeden dzień, bo to bzdura wielka jak ten świat. Ale prosić o Niego, dzień w dzień i w Nim zdobywać szczyty, szczyty, które wyznacza nam sam Bóg. Są wyższe niż moglibyśmy sobie wyobrazić, a to co na nich na nas czeka, to więcej niż najśmielsze marzenia. Duch Święty, polecam. Do dzieła!

A w temacie Ducha, świadectwo wspaniałej Zuzanny, na temat jej bierzmowania. To piękne, kiedy tak młodzi ludzie dostrzegają piękno w Kościele, sakramentach i innych ludziach!

„Pamiętam moje bierzmowanie. Pamiętam śpiewanie psalmu na trzy głosy. Pamiętam kazanie o tym, że my, młodzi jesteśmy podporą Kościoła i powinniśmy umiejętnie korzystać z darów, które otrzymamy. Ten stres i trzęsące się kolana. Pamiętam jak podchodząc do biskupa myślałam, że spocznę w Duchu Świętym (albo po prostu zemdleję…) i ogarnął mnie lęk, ale po chwili uświadomiłam sobie, że nie ma czego się bać i powiedziałam w myślach „Boże, rób co chcesz. Jestem gotowa na wszystko”. Najzabawniejsze jest to, że nie spoczęłam w Duchu Świętym, nie poczułam się inaczej. Nie poczułam się uświęcona i obdarowana. Najpierw byłam nawet rozczarowana, ale później zrozumiałam, że nie mogę od Szefa oczekiwać fajerwerków, bo na wszystko przyjdzie czas. Wróciłam do ławki i patrzyłam na moich kolegów pochodzących do ołtarza i modliłam się za każdego z nich. Pamiętam też, jak pod koniec, kiedy już wszyscy moi znajomi zostali wybierzmowani, środkową nawą pomalutku podążała para starszych ludzi. Kobieta szła przodem, trzymając w roztrzęsionej dłoni kartkę z imieniem przyszłej patronki, mężczyzna szedł za nią. Przed ołtarzem położył jej dłoń na ramieniu i pochylił głowę, wydawało się, że w modlitwie. Kobieta przyjęła sakrament bierzmowania, mając za świadka swojego męża. Moje serce patrząc na tę scenę wiary i miłości fikało koziołki i po prostu się wzruszyłam.
Oceniając na oko, ci ludzie mieli około 80 lat. Byli dla mnie ogromnym świadectwem, byli po prostu cudowni. Patrząc na nich zrozumiałam jak bardzo ludzie potrzebują w naszych czasach Boga. Jak uporczywie, wręcz desperacko szukają szczęścia. Zadaję sobie pytanie, czy szukamy szczęścia tam gdzie trzeba? Czy nie próbujemy go przypadkiem wcisnąć w przyziemną sferę doczesnych przyjemności? Jedynym i prawdziwym szczęściem jest Bóg. Wiara i nadzieja w życie wieczne, które nadają naszemu życiu sens, pokazują drogę. Myśląc „szczęście”, myślę sobie, że jest osoba, którą mega podziwiam, święta Józefa, która stawiała znak równości między swoją ludzką wolą, a wolą Boga Ojca. Oto recepta na szczęście i świętość. Pewnie niektórzy z Was myślą teraz, że nie da się postawić Boga ponad wszystko i że gadam jak potłuczona. Ale uwierzcie mi, też myślałam, że się nie da, a teraz piszę to świadectwo w środku nocy z uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Da się, moi drodzy.
To Bóg jest miłością! Jeśli jesteśmy w związku i w tym związku brakuje Boga, jesteśmy skazani na porażkę, bo jedynie poprzez Boga doświadczymy miłości i tylko budując na Nim związek możemy być pewni, że przetrwa. Czym jest jednak miłość? Czy to pożądanie i cielesna bliskość? Oczywiście, że nie. Miłość, jak to kiedyś powiedziała mi przyjaciółka, to chęć doprowadzenia drugiej osoby do świętości. To czysta i przepiękna definicja. Miłość równa się Bóg. Bóg równa się szczęście. Jesteśmy w stanie sięgnąć po szczęście? Jest blisko, nie lękajmy się. Bo Pan jest z nami i jest światłem w naszej ciemności.”

Gdzie ci mężczyźni…

Na na na na na…

Właśnie przed chwilą obejrzałam całkiem przyjemny film, zatytułowany „Love, Rosie”. Niestety wnioski z niego nie są takie przyjemne.

Po pierwsze, przepraszamy za tak długą ciszę, zapomniałyśmy, że mamy bloga.

Po drugie, meritum. Zachęcam do obejrzenia tego filmu, bo mimo że jego treść nieco mija się z wartościami i rzeczywistością chrześcijan, pokazuje ważną prawdę. Prawdę dla kobiet i mężczyzn.

Nie ma nic gorszego w Twoim życiu niż rezygnacja z marzeń, niż godzenie się na bylejakość. Nie ma nic gorszego niż związek, który ma zdławić myślenie o ukochanej osobie, nic gorszego niż robienie czegoś, czego się nie chce, bo inni nam każą. To co piszę jest cholernie idealistyczne, mam tego świadomość. Ale znam ludzi, którzy są naprawdę szczęśliwi, bo walczyli o swoje. I wiem, że każdy z nas może.

Najpierw do mężczyzn. Obudźcie się! Każdy liść na wietrze, każda strona książki, każda cząstka kobiecego serca mówi Wam, możecie wszystko. Zacznijcie słuchać głosu świata, który jest dziełem Boga, On chce napełnić Wasze dusze nadzieją, że kobieta Waszego życia, nawet jeśli nie jest na wyciągnięcie ręki, jest dla Was przeznaczona! Przestań się bać, że Cię odrzuci, raz, drugi, piąty, że ją zranisz (toć każdy z nas popełnia błędy, po to się jest z kimś, żeby się uczyć przebaczać!), że nie będziesz idealny, a ona Ci się wydaje być. Nikt nie jest, a trzeba pracować nad sobą! Nie chcę teraz truć, chcę tylko by chociaż jeden facet z tych wszystkich co to przeczytają, uwierzył w siebie i dał szczęście kobiecie, której tylko on może je dać. Jak Alex dał w końcu Rosie. Tylko że najpierw musieli się oboje trochę przemęczyć w nieszczęśliwych związkach, bo… No właśnie i tutaj każda zdrowo myśląca kobieta ma ochotę zarąbać Alexa, bo zamiast się postarać o Rosie, wolał zastąpić ją sobie jakąś tępą dzidą. I udawać, że jest szczęśliwy. A ona zaczęła robić to samo. Chodzi o to, kochani mężczyźni, że to WY jesteście odpowiedzialni! Wiem, że lipa, ale my rodzimy dzieci i to też nie jest super. Więc zacznijcie walczyć, nie tylko o nas, ale też o siebie.

A teraz do kobiet. Nie masz faceta? Albo Twój chłop się nie stara i nie jesteś z nim szczęśliwa? A ile się modlisz za swojego faceta, czy to przyszłego, czy obecnego? Skąd on ma mieć siłę, skąd motywację do zmian, kiedy nie ma skąd czerpać? Ty jesteś ezer kenegdo, (google Ci wytłumaczą jak nie ogarniasz), Ty masz być jego podporą! I przede wszystkim, oprócz wspierania musisz wymagać, aby on wiedział, że potrzebujesz więcej. Nie paplać nad uchem jak żona po 30 latach małżeństwa, nie obrażać się co 5 sekund, tylko stawiać konkretne zadania i oczekiwać ich spełnienia, oplatając to ciągle nieustanną modlitwą, a także wiarą w jego możliwości.

Chyba się trochę rozpisałam, tym bardziej mam wielką nadzieję, że komukolwiek coś to da.

Generalnie kocham ludzi, i każde słowo, które piszę, po pierwsze piszę dla Boga, po drugie, żebyście może w końcu zauważyli, że chyba fajnie być spełnionym, szczęśliwym człowiekiem. Bo jest fajnie. I bo możesz. Bo: „Wszystko mogę  w tym, który mnie umacnia”!

Amen.

Zaplątani…w niewiarę?

Zainspirowana piękną bajką pt.  'Zaplątani’ zaczęłam się zastanawiać się nad tym naszym kochaniem.

Mam nadzieję, że czytelnik oglądał, jeśli nie, niech czytelnik jak najszybciej obejrzy! Historia jest piękna,  ja skupię się natomiast na zakończeniu. Otóż Roszpunka która ma magiczne, leczące włosy zostaje obezwładniona przez swoją macochę – czarny charakter. Zgadza się pójść z nią i służyć jej do końca życia pod warunkiem, że będzie mogła uratować ukochanego – Julka, młodego złodziejaszka który przed chwilą został przez macochę pchnięty nożem. Macocha się zgadza, w końcu jej się to opłaca, ale Julek nie jest zachwycony pomysłem, bo wie, że jeśli Roszpunka go uratuje to będzie uwięziona, więc ostatkiem sił odcina jej nożem włosy które w ten sposób tracą magiczną moc i nie mogą uleczyć jego rany.

Macocha z hukiem wypada z wieży ale to nieistotny szczegół ;p

Roszpunka płacze, i okazuję się nagle, że jej łzy leczą ranę i Julek żyje! Myślę, że zadziałała tu jakaś niesamowita siła. I to była  miłość. Właśnie taka w jaką już nie wierzymy.

I z tego powodu bardzo mi przykro. I tego bardzo nie rozumiem. Podobno nie jesteśmy w stanie myśleć o czymś czego nie ma.          Więc skoro ktoś stworzył taką historię to taka miłość gdzieś istnieje. Tylko dlaczego zawsze tak daleko od nas? Dlaczego nie jesteśmy dla siebie ludźmi którzy tak pragną szczęścia, wolności i dobra dla drugiego, że oddadzą za to swoje szczęście, wolność a nawet życie?!

Dlaczego nie potrafimy na drugą osobę patrzyć z takim zachwytem, który sprawiłby, że uwierzyłaby ona, że może wszystko zmienić?

Nie jest wcale problem to, że jest to niemożliwe.

My w to po prostu nie wierzymy. A skoro nie wierzymy, to po co próbować?