O panu motorniczym słów kilka.

Kto z nas zna przepis na to jak wieść udane życie? Kto może powiedzieć o sobie, że jest w pełni zadowolony i niczego mu nie brakuje? Kto z nas wie czego chce od życia?

Optymistycznie zakładam, że znajdzie się grupa osób która zna cel swojego istnienia. Ale nie zawsze tak jest.

Jadąc wczoraj tramwajem który targany był to w lewo, to w prawo humorem pani motorniczej usłyszałam bardzo ciekawą historię. Otóż jeden z pasażerów zaaferowany niecodzienną przejażdżką, opowiedział o swoim przyjacielu – motorniczym.

Facet podobno od dziecka chciał prowadzić tramwaj. Wiedział wszystko na temat tramwajów, znał wszystkie modele, trasy, każdy przystanek – słowem – wsio! To wydawało się wręcz chore.

W końcu udało mu się zostać motorniczym i jest mega szczęśliwy. Gdy tylko wsiada do tramwaju ma banana na twarzy i jazda!!

Okazuje się, że nie trzeba wieść niesamowicie pasjonującego życia żeby być usatysfakcjonowanym. Nie trzeba być gwiazdą pop, aktorką, prezesem najbogatszej firmy w kraju, albo sławnym sportowcem.

Można być motorniczym, sprzedawać frytki, nawet sprzątać! Po prostu miej odwagę wybrać to co naprawdę kochasz, bez względu na to co powiedzą inni! A może pomylisz się 100 razy, nieważne! Ja się pomyliłam, zmieniłam studia i teraz zajmuję się tym co rzeczywiście kocham. Słyszę nie raz, nie dwa: byłaś na przyszłościowym kierunku, po co zrezygnowałaś, po tym nie ma pracy itd. itp.

Nic nie odpowiadam, niech sobie gadają. Być może nie rozumieją co znaczy robić w życiu to co się kocha! Miejmy odwagę wybierać!

I na koniec ukochany Dostojewski:

„Bo do szczęścia stworzeni ludzie, a kto całkowicie szczęśliwy, godzien jest powiedzieć sobie: wypełniłem prawo Boże na tej ziemi”

Bracia Karamazow

NAJNOWSZE WIEŚCI: Jezus dalej czeka aż z Nim porozmawiasz!

O co tutaj chodzi? W sensie, na ziemi. Żyję sobie tak już ładne 20 lat, myślę, że to całkiem sporo, a patrząc w tył, widzę że wiele poznałam. Ale wciąż mnie to wszystko dziwi, nie dlatego, że tego wcześniej nie widziałam, dlatego, że wciąż nie rozumiem.

Jestem wierząca. Żyję w Polsce, kraju, powiedzmy katolickim. Znam bardzo, bardzo różnych ludzi. Księży, ateistów, rodzimowierców, buddystów, chrześcijan. Ludzi z Ruchu Światło – Życie, z różnych wspólnot, z pielgrzymek.

I oni wszyscy mają swoje zdanie. Swoje racje. I koniecznie chcą je przekazać światu i wygrać dyskusję na temat świata, którego są niezwykle małą cząstką.

Przez trzy dni ojciec Szustak prowadzi rekolekcje w Gdańsku. Mnóstwo ludzi go słucha. Dobrze gada. I jak tak na niego patrzę, to wydaje mi się, że wcale go te dyskusje nie interesują. To tylko moje subiektywne odczucie, ale może ma w sobie coś z prawdy.

Zastanawiam się, gdzie jestem w tym wszystkim. Też mam swoje zdanie, też je wypowiadam i chociaż wiem, że i tak mi się nie uda, często dążę do wygranej w debatach. Dzisiaj zastanawia mnie, co na to Bóg. I myślę, że może być trochę zmartwiony, tym, że zajmujemy się wszystkim, z wyjątkiem siebie. Dlaczego? Bo potrzebujemy ewidentnie pomocy, Jego pomocy, a wcale o tym nie myślimy. Dzisiaj ojciec Szustak mówił do kobiet. Wczoraj do mężczyzn. Jego kazania, czy konferencje doskonale obrazują skalę problemu, jesteśmy niespełnieni, nieszczęśliwi. Nie jesteśmy tacy, jakimi nas Bóg stworzył, psujemy to wszystko grzechem, psuje to zło. A my zamiast naprawić swoje wnętrze, a raczej pozwolić Bogu je naprawić dyskutujemy o sprawach, w których i tak nic nie zmienimy.

Jak zwykle polecam Maryję. I jej spojrzenie na świat. Ona patrzyła przez pryzmat Jezusa. Szła za Nim, ale też wypraszała u Niego, to co chciała. Spójrz, jak Ona dzisiaj na Boga. I zastanów się, czy Jego interesują Twoje dyskusje i starania, żeby naprawić świat. Czy patrzy w którykolwiek z Twoich kierunków? Nie… Patrzy na Ciebie. Tak jak chłopak patrzy na dziewczynę i czeka, aż zacznie z nim rozmawiać. O czymś bardzo trudnym, o problemach, o tym z czym trzeba zawalczyć. Ale jeśli nie porozmawiają, to nic się nie zmieni. A to ta dziewczyna musi odpowiedzieć. On cierpliwie czeka. I patrzy, oddając samego siebie.

Nie jesteś sam…

„A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”

Wczoraj wróciłam z rekolekcji w Pelplinie, zwanych „Oazą Modlitwy”. Zawsze ma tam miejsce szkoła modlitwy, która w klimacie odnowy kościoła, prowadzona jest po to, by zstąpił na nas Duch Święty i działał pomiędzy nami.

Na tej modlitwie siedzę na ławce, na końcu kaplicy. I myślę tylko o jednym i modlę się: „Boże, błagam, nie chcę być teraz sama, tylko tyle, tylko proszę Cię, nie chcę być sama.” Po dosłownie chwili podchodzi do mnie przyjaciółka, siada obok, przytula i mówi: „Misia, Pan Bóg chce Ci powiedzieć, że jest z Tobą.”

I chcę też Wam przekazać, że Pan Bóg chce Wam powiedzieć, każdemu, że jest z Wami. Obiecał, że będzie, a On obietnic dotrzymuje.

Trwamy w adwencie, okresie oczekiwania. Ale to nie będzie tak, że 25 grudnia, w dzień, kiedy wspominamy moment, w którym Bóg stał się człowiekiem, by odkupić nasze grzechy, nagle coś nas strzeli, poczujemy, że On jest i wszystko będzie super.

Jan Chrzciciel. Robił co trzeba, zanim przyszedł Jezus. I nie tylko on, wszyscy prorocy, królowie, funkcjonowali przed „Gwiazdką” i mieli niesamowitą relację z Bogiem i czynili wielkie rzeczy. Uwaga. Jezus nie przyjdzie do Ciebie. Bo On cały czas przy Tobie jest. I czeka, aż Ty wyciągniesz rękę, powiesz Mu, czego pragniesz, czego potrzebujesz, aż oddasz Mu swoje serce i pozwolisz Mu działać.

Polecam, jeśli znajdziesz dzisiaj chwilę czasu, siądź na łóżku, lub na podłodze, bo może nie masz łóżka, uświadom sobie Jego obecność i oddaj się Mu.

Adwent. Czas oczekiwania. Możesz cały czas czekać. Albo sprawić, że Jezus w końcu nie będzie musiał dalej czekać na Ciebie. Dalej czekać, aż pozwolisz Mu się kochać. Bo siedzi ciągle, czeka i błaga. O Twoje serce.

On jest z Tobą i ciągle dla Ciebie oddaje siebie. Ciągle Cię kocha. Miłość jest piękna. Ale też trudna. Miłość jest dla ludzi odważnych. Bo to „ludzie gwałtowni” zdobywają niebo. Przestań się chować.

Odważ się kochać i być kochanym.

Gdzie są do cholery chrześcijanie?!

Chodzę do kościoła od dziecka. Logiczne, wychowuję się w katolickiej rodzinie, wszystkie sakramenty, co niedziela w kościele. Mama uczyła mnie modlitwy Ojcze nasz i Dziesięciu Przykazań. Jakoś od czasu bierzmowania, pamiętam, że zaczęłam rozmawiać z Bogiem. Potem była oaza. I zaczęła się moja relacja z Bogiem, tak na serio. Od tego czasu przewinęłam się przez całe mnóstwo wspólnot, poznałam ogrom ludzi. Z różnych stron Polski, Świata, z różnych wyznań, z różnych środowisk.

I dzisiaj, siedzę, chodząc prawie codziennie do kościoła, przyjaźniąc się z prawie samymi wierzącymi osobami, zastanawiam się, gdzie są chrześcijanie. Bo znam tylko kilku.

I może to będzie obraźliwe co napiszę. Ale ludzie, którzy przychodzą co niedzielę do kościoła, żeby „odsiedzieć” godzinę, to nie są dla mnie chrześcijanie. Ba! Ludzie w oazie, którzy zamykają się na innych, którzy mają swoje zasady, które ich ograniczają, a dla nich są priorytetem, to nie są chrześcijanie. Ludzie ze wspólnot odnowowych i im podobnych, którzy swoją wiarę opierają na emocjach, to nie są chrześcijanie.

Słucham codziennie słów Ewangelii i chce mi się teraz płakać na myśl, jak bardzo to, co nazywamy dzisiaj chrześcijaństwem różni się od tego, czym być powinno.

Mam dosyć księży, którzy olewają swoich wiernych i mam dosyć wiernych, którzy im na to pozwalają. Ci którzy są wzorem, to absolutne jednostki. Giną w tłumie i nawet nikt nie wie, że wszyscy powinniśmy być kimś więcej. Że powinniśmy nasze życie zamienić w cud. Że Jezus chciałby wypływać z nas, że chciałby, żebyśmy Nim oddychali, jak powietrzem.

Kto to jest według mnie chrześcijanin? To człowiek, który czyni cuda swoją obecnością. Prawdziwy naśladowca Chrystusa. To człowiek dzięki któremu ludzie się uśmiechają. Który dzieli się sobą, gdy tylko może. Który oddaje wszystko co ma. Jest wierny Bogu, choć upada, to powstaje i nie poddaje się, bo On jest jego siłą.

Sama nie wierzę chyba w cuda. I chyba nie jestem prawdziwym chrześcijaninem. I nie. Nie chodzi mi o to, żeby być idealnym człowiekiem. Tylko, żebyśmy mieli serca na dłoniach, a nie zakopane tylko dla siebie i dla tych, którym opłaca nam się je dać. Proszę, jeśli ktoś to przeczyta, wyrwijmy sobie dziś nasze serca i oddajmy je Bogu i ludziom. Zacznijmy od nowa! Zacznijmy chrześcijaństwo. Może Świat zacznie być wtedy piękniejszy. Proszę…

Dobrej nocy 🙂

Jest takie dzieło…

Nazywa się Wieczór Modlitwy Młodych i jest prowadzone już od dwóch lat, jako kontynuacja, a zarazem rozszerzenie spotkań młodych w Matemblewie. Spotkania te odbywają się co miesiąc, a uczestniczy w nich młodzież całej Archidiecezji Gdańskiej. To co dzieje się tam ostatnio przechodzi najśmielsze oczekiwania…

Setki młodych osób, w piątkowy wieczór, zamiast pójść na kolejną imprezę i schlać się do granic, przyjeżdża do kościoła, w różnych miejscach Archidiecezji Gdańskiej, od Pszczółek aż do Pucka, żeby się modlić, śpiewem i tańcem uwielbiać Pana, wysłuchać konferencji, wyspowiadać się i doświadczyć żywego Kościoła. Wielu z nich przeżywa tam ogromne nawrócenie, z miesiąca na miesiąc coraz głębsze. Forma wieczorów modlitwy wciąż ewoluuje, rozwija się i doskonali. Ostatni był naprawdę niesamowity.

Tłum ludzi, cały kościół pełen. A ksiądz staje przy ambonie, prowadzi konferencje i każe nam wszystkim wykrzyczeć, że jesteśmy piękni. I krzyczymy! I może w końcu zaczniemy w to wierzyć.

Niesamowite scenki teatralne, które wzbudzają pragnienie prawdziwej wolności, które uświadamiają nam nasze porażki i pokazują światło na zmianę, którym jest sam Bóg.

Genialna obstawa muzyczna, animująca śpiew, modlitwa, a jednocześnie świetna zabawa.

I kiedy tam jestem i widzę tych wszystkich młodych ludzi, po których widać, że nie są święci, mają swoje grzechy i są rozerwani pomiędzy dobrem a złem, ale tam są i dają Bogu szansę, na to by zmienił ich życie, przestaję się na chwilę martwić, że świat dąży do upadku. Bo oni mogą go uratować, bo ktoś postanowił im pokazać, że są do tego stworzeni.

Październikowy Wieczór Modlitwy Młodych - Uwielbienie

 

 

Chwała Panu za to wspaniałe dzieło, za księdza Krzysztofa Nowaka, który je zapoczątkował, za wszystkich którzy je prowadzą, którzy je wspierają. Wielu ludzi jest w to zaangażowanych i poświęca czas dla tej młodzieży. Ale dobrze wiedzą, że warto.

https://www.facebook.com/WieczorModlitwy?fref=ts

https://www.wieczormodlitwy.pl/

Jesteś kimś więcej!

„Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz.” (Łk 11, 31-32)

Tak oto Pan Jezus mówi o sobie w ewangelii, którą mieliśmy okazję wczoraj usłyszeć. Chyba jest trochę nieskromny. Przywołuje słynącego z wielkiej mądrości króla Salomona, proroka Jonasza, na którego znak nawróciła się Niniwa, miasto wielkiego upadku, które Bóg obdarzył równie wielkim miłosierdziem. Przychodzi sobie Syn Boży i mówi, Ten który jest pełen pokory i posłuszeństwa, Jestem kimś więcej. Czy to było w porządku, kiedy tak się wywyższył?

Kiedy ktoś nas pochwali, zwykle obracamy to w drugą stronę. Kiedy dziewczyna usłyszy, że jest piękna, stwierdzi: Nie, mam strasznie brzydkie włosy, wcale się nie układają, chłopak, że coś dobrze zrobił: Nie jestem beznadziejny, matura słabo mi poszła. Nasze dzieci zwykle są najbardziej niegrzeczne na świecie, kiedy ktoś je chwali, to po prostu nie ma pojęcia, jak jest naprawdę, nasi rodzice wcale nie starają się z nami rozmawiać, po prostu są upierdliwi i nie martwią się, tylko muszą wszystko wiedzieć.

To wszystko kłamstwa które wmawia nam Zły. Oczywiście, nie jesteśmy idealni, mamy słabości, ale mamy coś jeszcze. Wartość, którą wlał w nas sam Bóg. I którą On też ma i miał ją Jezus Chrystus i był tego świadomy i mówił o tym otwarcie. Czy wyobrażacie sobie, żeby przyszedł i powiedział nam: „Cześć, jestem Synem Bożym, umrę za Was na krzyżu, ale nie przejmujcie się, to nie będzie nic specjalnego…”

Absolutnie nie. Jezus jest Zbawicielem i ma świadomość swojej tożsamości. Pokora to stanięcie w prawdzie o nas samych. Powiedzenie sobie 1. Jestem ukochanym dzieckiem Boga, jestem kimś więcej, kimś niezwykle cennym i wartościowym. Dopiero po zrozumieniu tej prawdy jesteśmy w stanie przyjąć punkt 2. Jestem grzeszny i słaby.

Zacznij widzieć to, kim jesteś naprawdę. Kimś więcej niż Ci się wydaje.

I don’t eat… I don’t sleep… I’m just praying!

Pompejańska. Do dnia 16 lipca 2014 roku nie wyobrażalnym było dla mnie, że kiedykolwiek zacznę mówić Nowennę Pompejańską. Nazywana Nowenną nie do odparcia, określana mianem najbardziej hardkorowej nowenny, jaką można odmawiać. Też tak uważałam. Dopóki nie zaczęłam. Teraz mówię już drugą.

Nie zaczęło się od intencji. Choć ona oczywiście była motorem napędowym modlitwy. Zaczęło się od adoracji na rekolekcjach. Rekolekcje oazowe, trzeci stopień ONŻ. Adoracje ogólnie przeżywałam jakoś tak beznadziejnie, choć zwykle bardzo lubię taką formę modlitwy. Źle się czułam, siedziałam tam bez sensu, nie miałam ochoty z Bogiem rozmawiać, a On też specjalnie się do mnie nie dobijał. Jedyna ważna rzecz, która wydarzyła się na jednej z nich, to 4 prośby, które nagle zdołałam z siebie wykrztusić. Jedna z nich brzmiała: Daj mi łaskę modlitwy.

Po powrocie z rekolekcji przez pierwsze parę dni było wszystko normalnie. Aż pewnego dnia stwierdziłam, zmówię różaniec, pierwszy, drugi, to może trzeci. Wtedy doszło do mnie, że jestem w stanie mówić Nowennę Pompejańską. Postanowiłam ogarnąć dokładnie, jak wygląda ta modlitwa i zacząć od tego samego dnia. Więc odmówiłam ogólnie wtedy łącznie sześć różańców.

I tak się zaczęło. Okazało się, że się da to odmawiać. Okazało się, że jeśli się prosi Boga, to On da nam to, czego potrzebujemy, jak z resztą obiecał. Na początku było normalnie. Potem było coraz ciężej. W trudnych chwilach mówiąc różaniec, czułam, choć przyznaję, to mogła być moja wyobraźnia, ale czułam że Matka Boża trzyma mnie za rękę. I wspiera. Czułam z jednej strony ból, trud, z drugiej Jej miłość i wsparcie. Pod koniec „rzygałam” różańcem. Ogólnie lubię tę modlitwę, a miałam jej po prostu dosyć i powtarzałam sobie, że już tylko tydzień, kilka dni i nigdy więcej Pompejańskiej, a gdy skończyłam następnego dnia zaczęłam kolejną. Ta zaczęła się zupełnie inaczej, jest jakby owocem tej pierwszej. Mówienie różańca jest dla mnie błogosławieństwem. Jest piękne i cieszy moje serce. Choć wiem, że będą cięższe momenty, już są. Ale każda chwila z Maryją, jest niesamowita i piękna.

Różaniec jest ciężko odmawiać, ciężko się skupić. I ja tak naprawdę nie potrafię się dobrze modlić, wręcz klepię ten różaniec. Takie mam wrażenie i pod koniec wielu różańców przepraszam Matkę Bożą za to, że moja modlitwa jest tak niedoskonała i słaba. Wtedy słyszę w sercu Jej ciepłe zapewnienie o tym, że przyjmuje tę modlitwę i że mnie kocha.

Żeby zacząć się modlić… trzeba po prostu zacząć. I przekonać się, że to co wydaje nam się niemożliwe jest w zasięgu naszych możliwości. Obie odmawiamy Nowennę i ostatnio spotykam się z wieloma osobami, które też odmawiają. I widzę, że to wcale nie jest najbardziej hardkorowa rzecz jaka może się przydarzyć człowiekowi. Najtrudniejsze to zaufać Bogu, bo to musimy zrobić sami.

Modlitwa jest łaską. Wystarczy poprosić. Wiem z autopsji.

’Największa z nich jednak jest miłość.’

Pruszcz Gdański,  kościół pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego,  najzwyklejsza msza św o godz 18.

Do komunii podchodzą ludzie, przede mną kilka osób, nagle para która trzyma się pod rękę.

Podeszli razem przyjąć Pana. Nie puścili się nawet na sekundę. Mieli pewnie 80 lat. Pewnie od 60 są małżeństwem. I tworzą jedno.

Ta para dla mnie dziś jest przepiękną lekcją miłości. Czasem nic nie trzeba mówić, żeby pokazać ludziom coś niesamowitego. Czasem wystarczy być parą 80-latków żeby pokazać komuś jakie to piękne być z kimś i się z kimś zestarzeć. Czasem wystarczy patrzeć żeby widzieć.

Powinnam teraz zacytować list do Koryntian, i powiedzieć że właśnie taką miłość widziałam. Ale czy tak było?

Nie wiem jaka jest ich miłość, czy cierpliwa, czy łaskawa czy nie zazdrościła. Najważniejsze w niej jednak, jest to że niewątpliwie była. I to chyba najlepsza wiadomość dnia dzisiejszego. Miłość po prostu istnieje.

Między nami wariatami!

Duch Święty.

„Być naćpanym Duchem Świętym” – tak powinno brzmieć motto dzisiejszych katolików. Wśród nas są tacy wciąż nieliczni. Szerzą się ruchy Odnowy w Duchu Świętym, coraz więcej się mówi o charyzmatach, wielu z nas ich doświadcza, mówi językami, zasypia w Duchu, prorokuje. Zdarza się, to prawda. Ale coś innego powinna dla nas znaczyć relacja z Duchem Świętym, bo jeśli z jakąś osobą mamy relację, to jest ona z nami na co dzień a nie od jednej Mszy z modlitwą o uzdrowienie do następnej.

Znam ludzi, którzy się ciągle uśmiechają. Naprawdę nieustannie. Którzy zawsze powiedzą dobre słowo, którzy zawsze, gdy się ich spotka mówią coś o Bogu. Którzy „tętnią tym Duchem”. I patrząc na nich sama chcę taka być.

Przede wszystkim potrzebna jest tutaj, jak zwykle, modlitwa. Ale to nie jest takie jednoznaczne, w tej modlitwie trzeba zwrócić uwagę na to, żeby prosić KONKRETNIE o Ducha Świętego i również o KONKRETNE dary. Musimy sobie zdać sprawę z tego, że naszym powołaniem jest stać się takimi świadkami Chrystusa jakimi byli 2000 lat temu apostołowie i czynić to, co oni czynili. Jeśli wydaje Ci się, że nigdy przez Twoje ręce Bóg nie dokona uzdrowienia, jesteś w błędzie. Zapamiętaj to zdanie. Bo jeśli taka jest Jego wola, a Ty się Jej oddasz, będziesz to czynić.

” Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca.”  (J 14, 12)

Na Ducha Świętego trzeba się również otworzyć, nie przyjdzie do zamkniętego serca. Dla mnie najwspanialszą pomocą w proszeniu o Ducha Świętego jest ta, która sama uczestniczyła wraz z apostołami w Jego Zesłaniu – Maryja. Ona była przepełniona Nim i pozwoliła się absolutnie prowadzić, a z pewnością wesprze nas w proszeniu o Niego. (Niedługo się okaże, że jest to blog Maryjny…)

Jest jeszcze jeden ważny aspekt, o którym usłyszałam na jednym z kazań, a którego potwierdzeniem jest również Matka Boża. Duch Święty nie ma szans działania, kiedy mieszka w nas pycha. Jest to bardzo ciężkie, dlatego że kiedy zaczyna się coś dziać, coś niesamowitego, doświadczamy niesamowitych darów, proroctwa, czy świadectwa, łatwo jest nam popaść w samozachwyt, przecież to my mówiliśmy tak piękne słowa, czy dokonaliśmy tak pięknych czynów. Wtedy trzeba zawsze pamiętać, że jesteśmy tylko narzędziami. Człowieka w relacji z Duchem Świętym można porównać do instrumentów, które same z siebie nic ciekawego nie dają. A kiedy posłuży się nimi cząstka życia tworzą coś wspaniałego. Takim Artystą jest Duch Święty. Który chce z naszego życia zrobić arcydzieło.

A przez te instrumenty przypomniała mi się piosenka 😉

Jezus Chrystus – Nie dla idiotów!

Syn Boży.

Na temat tego kim jest Jezus Chrystus jest powiedziane bardzo wiele, od pisma świętego począwszy a na osobistym Jego znaczeniu dla każdego wierzącego skończywszy. Przyszedł na świat, przyjął ludzkie oblicze by objawić nam Miłość i udowodnić ją, oddając za nas swoje życie, przekraczając wszelkie granice, jakie świat ustanowił.

Jeśli chodzi o Jezusa, nie jest On przez nas nieznany, czy zapomniany, ale bywa zdegradowany. Chodzi o to, że Jego rola nie jest taka, jaka powinna być rola naszego Zbawcy.

Dzisiaj nasza religia staje się jaką głupią paplaniną, na abstrakcyjne tematy. A my za tym idziemy. Jak idioci. A Jezus chce przyjść i przemienić nasze życie, zrobić w nim takie rzeczy, że już nic nie będzie normalne, zwyczajne, szare, sprawić, że każda chwila będzie miała znaczenie, że nie będziemy mogli się nadziwić temu, co On czyni.

I tutaj jest taka kwestia, że trzeba się odważyć. „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!” To powiedział dzisiaj Jezus w ewangelii. I co my z tym robimy? Czy przełamujemy własne słabości? Czy walczymy ze złem, które w nas tkwi? Czy pozwalamy Mu dotknąć naszego wnętrza? Musimy się obudzić! Wstać i zacząć walczyć o prawdziwe życie, o prawdziwe chrześcijaństwo! O samych siebie. Bo On właśnie tego chce, żebyśmy walczyli o siebie, żebyśmy siebie pokochali, pozwoli Jemu się kochać i dzielić się z tą Miłością z naszymi braćmi i siostrami. Tego chce Jezus Chrystus, Król Królów, Święty Izraela, nasz Zbawiciel. On nie chce pustego uczestnictwa w Mszy Świętego, odklepywanych modlitw i nudnego życia, On chce być z nami, a tam gdzie On jest dzieją się rzeczy niesamowite. Cuda, uzdrowienia, uwolnienia, rozmnożenie żywności, i objawienie Chwały Ojca. To chce nam dać Jezus. Odważymy się to przyjąć?